Ostatni przepis Ciotki Gabrysi – makaron z burakami

Ciotka gorąco poleca FUSILLI LUNGHI BUCATI – długi, karbowany i wymagający ponad 10 minut gotowania. Zetrzyj 4 małe buraki i zacznij smażyć na maśle. W tym samym czasie zacznij gotować makaron. Jeżeli buraki zrobią się zbyt suche dolej trochę wody z gotującego się makaronu. Buraki posól, popieprz, dodaj parę kropli octu balsamicznego, parę kropli soku z cytryny, zamieszaj. Gdy makaron będzie na wpół ugotowany, odcedź zachowując szklankę wody makaronowej. Wrzuć do smażących się buraków, wlej zachowaną szklankę wody i dokładnie wymieszaj, tak by równo rozprowadzić buraki w makaronie. Dogotuj całość aż makaron będzie miękki jak mawiał Al Dente. Wyłóż na talerze, dodaj łyżeczką miękki kozi ser, a całość posyp potłuczonymi orzechami pistacjowymi. Tak jadają jarosze na wyspach Bergamutach.

odwiedźcie Dębicę


Tajemnica październikowej nocy

Od początku coś podejrzewałem. Od początku coś było nie tak. Kształt się niby zgadzał, rozmiar z daleka nie budził niepokoju. Kolor w porządku – przy świetle padającym pod nadzwyczaj ostrym kątem przez brudną szybę z łuszczącym się napisem „ROMEK SAMOLOT – PRYWATNY DETEKTYW”. Tylko ten smak, ten smak. Uparty niepokój zagnieździł się z tyłu kubków smakowych. Coś ssało w żołądku.

– Do diabła – pomyślałem – ostatnie zlecenie miałem miesiąc temu, butelka bourbonu wyschła w zeszły piątek, a stos niewypróbowanych przepisów rośnie pod drzawiami.

Słabłem. Podświadomie zdawałem sobie sprawę, że muszę coś zjeść. Coś baaardzo smacznego. Nagle mój wzrok padł na opakowanie ryżu. Zauważyłem napis ORZO i wszystkie elementy ukladanki zaskoczyły na swoje miejsce.

– Orzo udaje ryż – puste ściany odbiły mój głos – makaron udaje ryż, kolorem i kształtem.

Śmiałem się, po szybach spływał nocny jesienny deszcz przy dzwiękach saksofonu.

Zrobiłem sałatkę z orzo ze szpinakiem, fetą, oliwkami i pomidorami.

Ugotowałem orzo (pół paczki) według przepisu na opakowaniu, odcedziłem.
W międzyczasie:
Dwa zmiażdżone ząbki czosnku podsmażyłem na patelni – na średnim ogniu – 30 sekund. Dodałem szpinak (swieży) – dwie pełne garście (właściciele małych dłoni mogą drogą eksperymentu dodac 2 1/2 garści) i szklankę pokrojonych na połówki malutkich czereśniowych pomidorów. Smażyłem następne 2 – 2 i pół minuty.
Przełożyłem do dużej miski dodałem pół szklanki oliwek kalamata (bez pestek), pokruszoną fetę (w ilości na oko) i orzo lekko ciepłe.
Smakuje wyśmienicie z tanim bialym portugalskim Vinho Verde.

Wasz Gumshoe R.S.

Na ryby!

Siedzieliśmy ze Staszkiem na brzegu Sycylii – niewielkiej wysepki, którą kopie włoski but. Fale biły o burtę naszej małej rybackie łódki wyciągniętej na piasek, słońce zmieniało kolor skóry Staszka na pomidorowy. Wyciągaliśmy rybę za rybą, brały jak komisja przetargowa. Podniecony Staszek bredził o smażeniu na maśle bo tylko na maśle „to najlepiej smakuje”. Nic dziwnego – kończył drugą plastikową butelkę miejscowego wina sprzedawanego na litry. Ja w myślach konstruowałem plan. Niedaleko od naszej kwatery czerwieniło się jak plecy Staszka pole pomidorów, obok grządka czosnku, dookoła drzewa oliwne i cytrynowe. Sól miałem z wysuszonej wody morskiej, pieprz kiedyś rozsypał się w bagażniku gdy pękła torba z Tesco. Ileż to roboty? Poczekałem aż Staszek oprawi ryby i dokończy wino, na chrapanie nie trzeba było długo czekać.

Pokroiłem 4 duże soczyste pomidory na duże kawałki, posiekałem czosnek(2 ząbki). Rozgrzałem 3 łyżki oliwy wyciśniętej wcześniej z oliwek na patelni i wrzuciłem czosnek, po 2 minutach kawałki ryby. Pokroiłem ją na kawałki wielkości niewielkiej gdy Staszek już spał. Przyrumieniłem na złoto ale nie na miętko, nie przykładajac się zbytnio do mieszania. W sumie ryby było z pół kilograma, dobrej, morskiej, białej. Posoliłem, popieprzyłem – zawsze coś popieprzę – weszło mi w krew. Wlałem pół szklanki podprowadzonego Staszkowi białego wina, podkręciłem ogień i poczekałem aż  zupełnie wyparuje.  W międzyczasie zabawiałem się gotując opakowanie makaronu na drugim palniku. W słonej wodzie. Jakaż inna może być w morzu? Wino wyprowało – dodałem łyżkę kaparów, tuzin oliwek wyciągniętych z oliwy, szczyptę suszonej i pokruszonej ostrej papryki, garść posiekanej zielonej pietruszki i pomieszłem wstrzymując oddech. Pamiętaj drogi czytelniku – jeśli wstrzymasz oddech i zamieszasz delikatnie, nie zamienisz obiadu w rybne puree – o nie, nie. Gdy sos z soku wypuszczonego przez pomidory zgęstnieje, a one same będą trochę surowe – wystarczy nałożyć zawartość patelni na odcedzony wcześniej makaron i zdrowo skropić wszystko cytryną.

Doskonałe popijane trzecią – schowaną wcześniej Staszkowi – butelką białego wina.